W. Urbanowicz, As. Wspomnienia legendarnego dowódcy Dywizjonu 303. Recenzja

Już dawno żadna książka nie wciągnęła mnie tak bardzo, że po 700 stronach mam chęć na dużo więcej. Choć właściwie, to wspomnienia Witolda Urbanowicza, wydane pod sugestywnym tytułem As. Wspomnienia legendarnego dowódcy Dywizjonu 303, to w zasadzie 3 książki w jednej, które wydawnictwo Horyzont-Znak postanowiło zmieścić w jednym tomie.

As. Wspomnienia legendarnego dowódcy Dywizjonu 303. Recenzja

Ciekawe wydają się okoliczności powstania tej edycji wspomnień. Pierwotnie każda z trzech części była wydana jako oddzielna książka. Okazuje się też, że były one pisane i publikowane w odwrotnej kolejności, ale wydawnictwo postanowiło je w tym wydaniu ułożyć chronologicznie.

W pierwszej części jest więc początek II Wojny Światowej i ucieczka Urbanowicza do Rumunii. Druga część to Bitwa o Anglię. Trzecia opisuje jego walki w Chinach. Te wszystkie historie, niosą w sobie tyle informacji i wrażeń, że nie udało mi się ich zmieścić w krótkim tekście. Uprzedzam więc z góry – to nie będzie najkrótsza recenzja… 😉

Co to za człowiek?

W całej książce Urbanowicz stosunkowo niewiele mówi o sobie. Czasami wspomina rodzinę, najczęściej dziadka od którego się wiele nauczył, ale na pewno nie znajdziemy w tych wspomnieniach zbyt wielu sentymentalnych wycieczek do dzieciństwa. Jeśli już, to jedynie anegdotyczne.

Dużo jest za to akcji i przygód, choć w kontekście historycznym, kiedy się odbywały, może nie jest to najlepsze określenie. Słowo przygoda wskazuje na jakąś rozrywkę z przeżywanych sytuacji, a wojenne okoliczności zdecydowanie do rozrywkowych nie należały. Chyba, że w oparach czarnego humoru pójść w analogie do rozrywania ludzi bombami, ale ten kierunek nie bardzo mi się podoba…

Ogólnie z tych wspomnień wyłania się wizerunek człowieka pewnego siebie, inteligentnego szczerego, rozrywkowego, skłonnego do wesołej zabawy i ciekawego świata. Urbanowicz miał dość sztywny kręgosłup moralny, ale na pewno nie był święty, o czym świadczą liczne opisy wesołych zabaw, które odbywały się pomiędzy lotami bojowymi.

Początek jutra

Pierwsza część trylogii, jeśli można ją tak określić, to okres tuż po wybuchu wojny, gdzie Urbanowicz ze szczegółami opisuje ucieczkę polskich lotników z ojczyzny. Nie do końca wiedzieli gdzie uciekają, w trasie często się to zmieniało. Nie do końca wiedzieli, jak, po co? Nie wiedzieli też, co ich czeka na miejscu.

Przy okazji tej wędrówki, autor w obszernym wstępie nakreśla sytuację społeczno-polityczną w Polsce i kilku innych krajach europejskich. Ten wstęp, wedle woli autora ma pokazać szerszą perspektywę na wspomnienia, które wybrano do publikacji. Nazywa go “wrześniem bez szminki”.

Jest tam dużo danych na temat stanu wojsk walczących krajów. Jeśli im wierzyć, niektóre sukcesy obrońców, przy braku zaopatrzenia, są imponujące.

Sitzkrieg

Z pierwszej części dowiedziałam się tego, w jaki sposób Niemcy po I Wojnie Światowej odbudowały swoją potęgę lotniczą, oraz że już w 1939 naziści nazywali walkę aliantów na Zachodzie “Sitzkreg”, a polski wrzesień był impulsem do złamania bezkrwawego podboju Europy przez Hitlera.

Interesująca jest opinia autora na temat porównań możliwości poszczególnych wojsk. Wedle jego wiedzy rozbicie polskiej dywizji, która miała chroniczny niedostatek wszystkiego, wymagało od Niemieckich sił zbrojnych trzy razy więcej sił, niż rozbicie dywizji alianckiej w 1940 r.

Obnaża bezwzględność wojny

Urbanowicz pisze wprost o bezwzględności wrogów, zabójstwach cywilów, paleniu wsi. Czuć, że ma o to wiele żalu do Niemców. Temat wraca jak bumerang, co kilka stron. Żal ma także do aliantów, szczególnie Francuzów. Głównie za to, jak potraktowali uciekających z Polski żołnierzy na swoim terytorium – jak gorącego kartofla… Ale nie tylko, bo w opinii autora ani Anglicy ani Francuzi nie traktowali wojny poważnie, co przełożyło się na taki jej rozwój oraz długość.

Opisuje także ogromne poświęcenie lotników oraz obsługi, np. mechanicy potrafili przez całą noc bez snu naprawiać samoloty, żeby rano były znów zdolne do walki. W ogóle Urbanowicz wiele pisze o towarzyszach broni, zarówno swoich podwładnych, przełożonych, jak i osobach, które w różnych momentach stawały na jego lotniczej drodze.

Co ciekawe i moim zdaniem wyjątkowe, Urbanowicz oprócz wojny, dostarcza także całkiem wyważonych opinii i rozważań na tematy wszelkie. Pisze zarówno o ogólnej sytuacji, ale także o szczegółach, tj. morale podległych mu żołnierzy i to, w jaki sposób próbował nim “zarządzać”, jakich argumentów używał, żeby ich przekonać do swoich racji. Kreuje siebie na prawdziwego lidera, posiadającego naturalny autorytet.

Choć trzeba tu też przyznać, że te wspomnienia nie są jakoś specjalnie wybielone i nie tworzą hagiografii. Dowiadujemy się o jego cechach charakteru, np. niewyparzonym języku, który spowodował konflikt z dowództwem, co ostatecznie nieco mu przeszkodziło w karierze.

Wspomina też niektóre miasta, w których bywał. Np. “wyzwolony” Wiedeń, w którym bardzo szybko większa część lepszych usług i produktów, np. baseny czy lepsze hotele, stała się dostępna tylko dla członków partii. Przybliża także kulisy oddania Sudet Czechosłowackich Niemcom, oraz to, co się działo bezpośrednio po tym, np. radość Francuzów i wiarę w to, że ten czyn zapobiegnie wojnie…

Opowieść o wyprawie do Rumunii jest super ciekawa, natomiast latania tam ogólnie jest mało. To jakby wstęp tylko do tego, co będzie się działo w kolejnych częściach.

Świt Zwycięstwa

W drugiej części Urbanowicz opisuje swoje ważniejsze wspomnienia z Bitwy o Anglię. Przytacza dość szczegółowe relacje z tego, jak właściwie wygląda lot bojowy, jakie mu towarzyszyły uczucia oraz fizyczne objawy ciągłego stresu i walki w powietrzu.

Te opowieści są niesamowite! Urbanowicz miał zdecydowanie talent pisarki, któremu dodatkowo towarzyszyła spostrzegawczość i pamięć do szczegółów, które z kolei umiejętnie wplatał we wszystkie historie.

Super ciekawy jest rozdział o wynalezieniu przez Niemcy rakiet V-1 i V-2. Autor opisuje, jak wpłynęły na losy wojny, oraz sugeruje, co mogłoby się stać, gdyby zostały opracowane nieco wcześniej, np. w roku 1940, a nie w 1944, jak to się ostatecznie stało. Możliwe, że losy wojny byłyby wtedy zupełnie inne.

Przy okazji podaje też wiele ciekawostek, o których nie miałam pojęcia, np. to, że w Luftwaffe podawali pilotom narkotyki, żeby zwiększyć ich sprawność bojową.

Urbanowicz uświadomił mi, że lotnictwo w II Wojnie Światowej odgrywało ogromną rolę. Wygrana lotników w Bitwie o Anglię wedle jego opinii przeważyła szalę wygranej w całej wojnie na stronę aliantów.

Ogień nad Chinami

Z mojej perspektywy Ogień nad Chinami, czyli trzecia część, jest tą najbardziej dopracowaną i najlepszą. Może dlatego, że była to właściwie pierwsza wydana książka Urbanowicza?

Składa się z krótkich opowieści związanych z bardzo różną tematyką. Jest tu trochę wspomnień bojowych, ale równie wiele autor pisze o samych Chinach – społeczeństwie, kulturze, wojnie z Japonią i samych Japończykach.

Każde opowiadanie dotyczy jednego, wybranego tematu. Sporo w nich rozważań, filozofii, zadawanych pytań. Po co wojna? Gdzie dążymy jako ludzkość? Dlaczego? Zadawał sobie też często pytania gdzie jest jego rola w tym wszystkim. Jaki jest sens jego udziału w wojnie? Widać, że ta książka była napisana pod wpływem dręczącego go niepokoju. Może rozliczał w niej swój udział w walkach?

Oprócz wspomnień z bitew powietrznych, przybliża też okoliczności wojny pomiędzy Japonią a USA. Opisuje akcję w Pearl Harbor, japoński styl prowadzenia wojny, np. szczegółowo omawia ich lotnicze oddziały kamikadze, z którymi walczył i z którymi miał sporo kłopotów, głównie dlatego, że mieli dużo lepsze samoloty. Urbanowicz na szczęście nadrabiał wylataniem, talentem i ogromnym doświadczeniem.

Jednak największe wrażenie wywarł na mnie rozdział pt. Chińska Warszawa, w którym Urbanowicz opisuje doszczętne zburzenie jednego z miast chińskich i wymordowanie wszystkich mieszkańców. Świadomość, że na świecie było więcej “zniszczonych Warszaw” zmienia odrobinę spojrzenie na losy Polski.  

To nie jest równa książka

Wszystkie trzy części różnią się stylem i pomysłem. Pierwsza część jest w zasadzie spójną historią, książką drogi do Rumunii. Druga to też spójna historia, acz mniej tu drogi i innych okoliczności, a dużo latania, choć tu już są większe przeskoki pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami. Trzecia zaś to luźny wybór przemyśleń i anegdot nie zawsze związanych bezpośrednio z lataniem oraz nie zawsze osadzonych w konkretnym czasie. Często dotyczyły po prostu życia ludzi podczas wojny oraz piękna, które zostało zniszczone podczas walk.

Niestety As ma też kilka minusów. W moim odczuciu największym jest poczucie lekkiego chaosu chronologicznego, ponieważ niby wiadomo, że wydarzenia opisane są po kolei, ale nie do końca jest pewne, czy jedno następuje od razu po drugim, w ciągu kilku dni, miesiąca, czy roku. Wpłynęło to trudność w kojarzeniu, co po czym i kiedy oraz w zapamiętywaniu poszczególnych historii. Dobrze się to czyta, ale brak mi tu kontekstu historycznego. A wystarczyłby w sumie zakres dat przy każdym z dość krótkich rozdziałów.

Inną rzeczą są błędy językowe (np. “w każdym bądź razie”). Nie wiem sama, czy powinny być one zredagowane, czy ze względu na szacunek do oryginału, zostawione. Wydawnictwo zdecydowało, że zostawia, więc da się tam znaleźć kilka “kwiatków”.

Wrócę jeszcze na chwilę do tego, o czym pisałam na samym początku, czyli dlaczego wydawnictwo zdecydowało się wydać te trzy książki w jednym kobylaszczym tomie? Trudno powiedzieć, podejrzewam, że zwiększyło to szanse, że się sprzeda. Plus te 3 książki stanowią w pewnym sensie całość historii o II Wojnie Światowej, widzianej z punktu widzenia oficera lotnictwa, który walczył na różnych frontach, więc niejako stanowią całość.

Dlaczego wybrał emigrację?

Do samego końca oczekiwałam, że dowiem się dlaczego Urbanowicz i wielu innych żołnierzy oraz członków sztabu lotniczego, którzy niewątpliwie byli patriotami, nigdy nie wrócili do Polski. Niestety, autor na to pytanie nie odpowiada, choć podaje konkretną liczbę osób, które na emigracji już zostały. Uczyniło tak około 11 tysięcy osób związanych z lotnictwem…

To smutna książka

W tej książce jest wiele pięknie namalowanych, plastycznych (i krótkich) opisów przyrody. Urbanowicz przypomina zapachy i dźwięki, na które był wyczulony. Niesamowity jest jeden moment, tuż przed startem na misję nocną – wypełniony był graniem świerszczy, chłodem wieczornym oraz powietrzem, w którym unosiły się zapachy otaczającej przyrody. Jakbym była obok.

Spięcie takich szczegółów z dynamicznym stylem pisania i swadą w posługiwaniu się słowem sprawia, że te 700 stron czyta się z wielką przyjemnością.

Jest tu też wiele historii z wesołych zabaw. Jednak biorąc pod uwagę cały kontekst, jest to książka niezwykle smutna. Na szczęście nie jest nadęta. Nie ocieka przesadnym patriotyzmem, nie ma patosu i wielkich słów. Zdecydowanie polecam. Jak pisałam już wcześniej, z chęcią przeczytałabym więcej. O wiele więcej na ten temat. Dokładnie w takim stylu.

Tytuł recenzji: Lotnictwo bez szminki
Subiektywna ocena: 9/10
Tytuł: As. Wspomnienia legendarnego dowódcy Dywizjonu 303
Autor: Witold Urbanowicz
Wydawnictwo: Znak-Horyzont
Data wydania: 5 grudnia 2016
Data napisania: lata 70
ISBN: 9788324041718
Liczba stron: 704

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.