Kair – miasto zgiełku. Fotorelacja z podróży

Kair – miasto zgiełku. Fotorelacja z podróży

Kair - miasto zgiełku

Zawsze powtarzam, że najwięcej z podróży wynoszę wtedy, gdy miejsce w które jadę, jest inne niż ugrzeczniona, europejska rzeczywistość. Tym razem padło na Kair, czyli stolicę Egiptu, która okazała się miastem zupełnie nieturystycznym z paroma małymi wyjątkami, czyli słynnymi piramidami w Gizie i okolicach oraz trzema muzeami. Kair to miasto zgiełku. Poza tymi ewidentnie zatłoczonymi przez zwiedzających miejscówkami, na ulicach Kairu turystów nie ma zbyt wielu. Europejczyk o jasnej skórze zwraca uwagę i przyciąga wszelkiej maści sprzedawców jak światło ćmy, niezależnie od tego jak jest ubrany.

Widok z Cairo Tower
Widok z Cairo Tower

Egipt jest krajem arabskim, muzułmańskim, biednym, borykającym się z wieloma problemami, specyficznym w podejściu do turystów. Kair, czyli jego stolica to jedno z największych miast na świecie, z dwudziestoma dwoma (22!) milionami mieszkańców. To ponad połowa całej Polski. Te zagęszczenie widać na ulicach, szczególnie w okolicy centrum, czyli tam gdzie przez siedem dni wynajmowaliśmy pokój hotelowy.

Widok z tarasu hotelowego na Plac Tahrir w Kairze
Widok z tarasu hotelowego na Plac Tahrir w Kairze

[Dzień pierwszy] Przylot i pierwsze wrażenia 

Kair zaskoczył nas ponurą, pustynną pogodą. Było duszno, a szaro-pomarańczowa kolorystyka w połączeniu z rozwalonymi budynkami na trasie do hotelu zrobiła na mnie postapokaliptyczne wrażenie. Taksówka z lotniska do placu Tahrir kosztowała nas 10$. Stara Łada, bez klimatyzacji, ale kierowca bardzo starał się jechać bezpiecznie, nawet włączał kierunkowskazy. Dopiero później przekonaliśmy się, że to znacznie zawyżona cena, tak o 50% oraz niezupełnie standardowy dla tego miejsca sposób jazdy. Wtedy chcieliśmy jedynie dostać się do hotelu i chwilę odpocząć po podróży. Lecieliśmy tanimi liniami, z wylotem wcześnie rano i przesiadką w Wiedniu, więc potrzebowaliśmy momentu na oddech.

Zaniedbana architektura
Kair i jego zaniedbana zabudowa

[Dzień pierwszy] Hotel

Hotel miał niższy standard, niż wiele hosteli, w których nocowałam, ale za to był tani i ulokowany w doskonałym miejscu – przy samym placu Tahrir. To znacznie ułatwiało wszelkie powroty taksówkami, bo choć znajomość angielskiego jest tam mniej niż słaba, to akurat “Tahrir” rozumiał każdy, bo to historyczne miejsce w Kairze – zwykle to tutaj rozpoczynały się demonstracje przeciwko władzy. Natomiast to, co mnie od razu uderzyło nie było nawet związane z jakością pokoju, czy budynku hotelu, a z ich stanem. Jedna klatka schodowa była zawalona gruzem i śmieciami, na drugiej wisiał sznur. Winda działała na słowo honoru, na naszym piętrze odpadł wielki kawał ściany i stał oparty o drugą ścianę. Pokój był w miarę czysty, ale zaniedbany – odpadające elementy, zamiast wieszaków na ręczniki zardzewiałe śruby. Klimatyzacja działała, ale po dłuższym czasie zaczynała kapać, a że była umieszczona dokładnie nad łóżkami to nie dość, że moczyło pościel i wiało centralnie na nas, to jeszcze nie dawało się nic wyregulować.

Czy narzekam? Niespecjalnie. Widziały gały co brały, zresztą najważniejsze elementy były spoko – brak owadów, czysta pościel i ciepła woda pod prysznicem (lekko chlorowana, bo prawdopodobnie z Nilu), a do tego dość obfite śniadania w cenie. Zdaję sobie sprawę, że albo jeździ się tanio, albo wygodnie. Takich detali nie widać na zdjęciach na booking. Zresztą traktuję to jako niezbędną część przygody. Natomiast moją uwagę zwróciło to, że zasadniczo większość z tych usterek była łatwa do naprawienia przy odrobinie woli. Niestety w mojej opinii to jest właśnie to, czego w Kairze brakuje – chęci do zadbania o otoczenie, żeby zrobić coś porządnie. 

Hotel przy Placu Tahrir
Hotel przy Placu Tahrir

[Dzień pierwszy] Spacer po okolicy

Po krótkim odpoczynku poszliśmy na pierwszy spacer. Ja w spodenkach i koszulce przyciągałam uwagę bardzo. Natomiast z poprzednich wyjazdów w różne miejsca wiem, że to jest standard przez pierwsze dni, niezależnie od ubrania. “Świeży” turysta ma sobie jakiś magiczny feromon, który mówi miejscowym, że dopiero przyjechał. Po paru dniach to znika i człowiek się wtapia. Ale przez te pierwsze godziny byłam tak przebodźcowana wszystkim – hałasem, trąbieniem aut, gapieniem się, ciągłymi zaczepkami, intensywnymi woniami np. odchodów bardzo wychudzonych koni zaprzęgniętych w dorożki dla turystów (koniki spod Morskiego Oka to przy tych Kairskich są wypasione i zadbane)… Było mi z tymi bodźcami dość ciężko.

Na początku myślałam, że gapienie się to kwestia ubioru – krótkie spodenki wyróżniały się, bo tam rzadko kto odkrywa kolana. Później jednak przekonałam się, że to nie do końca jest związane z ubraniem. Z zakrytymi kolanami i ramionami i w czapce też przyciagałam wzrok mieszkańców Kairu. Raz nawet jedna pani pokazywała mnie palcem swojemu małemu dziecku, wręcz podtykając mi ten palec pod twarz. Po czym oczekiwała napiwku… Po paru dniach przestałam zwracać uwagę. Przyjechałam po szok kulturowy, no to dostałam co chciałam. Po dwóch godzinach spaceru po niedalekiej okolicy z ulgą wróciliśmy do hotelu i klimatyzacji.

Pierwszy spacer po Kairze
Pierwszy spacer po Kairze

[Dzień drugi] Muzeum Narodowe

Na dzień drugi zaplanowaliśmy zwiedzanie Muzeum Narodowego i spacer po okolicy, aż do Cairo Tower, obiad w youtuberskiej knajpie Abou Tarek i wieczorem spacer ulicami Starego Kairu.

Widok z balkonu hotelu na Plac Tahrir
Widok z balkonu hotelu na Plac Tahrir i Muzeum (po prawej, za budynkami)

[Dzień drugi] Śniadanie i plany

Hotelowe śniadanie było nawet spoko. Pita, dżem, sery, kilka plasterków szynki, jajko na twardo, pomidory, ogórki i do tego kawa albo herbata. Nic specjalnego, ale sycące. Muzeum Narodowe Egiptu mieliśmy tuż obok hotelu (widok z tarasu na Muzeum na zdjęciu poniżej), więc super wygodnie, wystarczy dosłownie przejść przez rondo. Wtedy też zaczęłam podejrzewać, że ta podróż będzie pewnym wyzwaniem jeśli chodzi o ruch uliczny, ale o tym później.

Muzeum Narodowe w Kairze przy placu Tahrir
Muzeum Narodowe w Kairze przy placu Tahrir

[Dzień drugi] Muzeum Narodowe vs nowy GEM

Muzeum Narodowe Egiptu to oprócz piramid był i wciąż jest podstawowy punkt zwiedzania dla wszystkich turystów. Od rana już ustawiają się kolejki busów z kurortów, ale muzeum jest wielkie i pomieści wszystkich, szczególnie rano, gdy jeszcze nie ma wielkiego tłoku. Choć widać już pewne symptomy przenoszenia eksponatów do nowego muzeum (GEM – Grand Egipt Museum), to to stare nadal przechowuje najwspanialsze sztuki – wystawę skarbów Tutenchamona, kamienie topowe z piramid, i tysiące innych eksponatów. Generalnie, wciąż warto je zwiedzić, szczególnie że GEM na razie jest wyposażone bardzo skromnie. Zwiedzenie całego sporego muzeum zajęło nam około czterech godzin.

Eksponaty Muzeum Narodowego Egiptu
Eksponaty Muzeum Narodowego Egiptu

[Dzień drugi] Muzeum Narodowe – kopia kamienia z Rosetty

Jednym z ciekawszych eksponatów Muzeum jest kopia kamienia z Rosetty (za Wiki), dzięki któremu rozumiemy hieroglify, bo jest w “dwujęzyczny w trzech wersjach – po egipsku pismem hieroglificznym” (rozumieli je tylko kapłani) “i demotycznym oraz po grecku”. Na kamieniu jest tekst z II w. p.n.e. – ma ponad dwa (2!) tysiące (2000) lat! Treścią jest dekret o amnestii, obniżeniu podatków i “podniesieniu dochodów kapłanów”. LOL. Niestety to jest kopia, oryginał wisi w Muzeum Brytyjskim w Londynie, co w ogóle otwiera przeciekawy temat do kogo należą wykopaliska archeologiczne, czy np. państwowe klejnoty królewskie przejęte w czasie wojen. Na zdjęciu poniżej magnes z reprodukcją kamienia.

Kamień z Rosetty
Kamień z Rosetty – kopia z Muzeum i magnes

[Dzień drugi] Muzeum Narodowe – klimat

W muzeum jest mnóstwo glinianych naczyń, figurek, przedmiotów szklanych, metalowych, sarkofagów i rzeźb. Są nawet dwie doskonale zachowane mumie dwóch kobiet, oraz psów, świń, małp czy baranów. Wiele wielkich sal wciąż pełnych eksponatów i do tego specyficzny klimat muzeum z filmów z Indianą Jonesem. Z wielkimi drewnianymi i ciężkimi szafami ze szklanymi witrynkami i takim charakterystycznym zapaszkiem kurzu, zmieszanego ze środkami chemicznymi i innych ludzkich zapachów zwiedzających.

Muzeum Narodowe w Kairze - eksponaty
Muzeum Narodowe w Kairze – eksponaty

[Dzień drugi] Muzeum Narodowe – kamienie ze szczytów piramid

Niesamowicie jest też zobaczyć z bliska kamienie ze szczytów piramid. Ciekawostka: na piramidy nie można się wspinać. Jeśli kogoś złapią, to dostanie karę pieniężną i dożywotni zakaz wjazdu do Egiptu. 

Muzeum Narodowe Egiptu - kamienie z piramid
Muzeum Narodowe Egiptu – kamienie z piramid

[Dzień drugi] Muzeum Narodowe – posągi Rahotepa i Nofret

W Muzeum są starożytne zabawki z ruchomymi elementami, przedmioty użytkowe i ozdobne. Są też posągi małżeństwa Rahotepa i Nofret (więcej na Wiki), z którymi wiąże się świetna anegdota. Posąg ten znajdował się w ciemnej komnacie grobowcowej i gdy archeolodzy wchodząc zaświecili latarkami, to przerażeni uciekli, bo myśleli, że posąg żyje. Wrażenie takie robiły szklane oczy, które po zaświeceniu latarką nadały figurom pozory życia. Słuchanie tej historii i patrzenie na postacie z błyszczącymi oczami, jest niesamowite. Nie wiem, czemu historia starożytna na mnie tak działa, ale czuję pewne uniesienie, w obecności przedmiotów, które przetrwały dwa tysiące lat, a obecnie nie jesteśmy w stanie zrobić pralki, która podziała dłużej niż 3 (trzy!) lata. 

Muzeum Narodowe Egiptu - posągi Rahotepa i Nofret
Muzeum Narodowe Egiptu – posągi Rahotepa i Nofret

Ceny

O ile generalnie Kair jest bardzo tani, to wstępy do muzeów są stosunkowo drogie. Koszty zaczynają się od ok 400 funtów egipskich (LE) i kończą nawet na kilku tysiącach. W przeliczeniu na złotówki (na tamten stan szybko rosnącej inflacji) 100 LE to jakieś 8 zł. Za wstęp do Muzeum Narodowego zapłaciliśmy 550 LE za osobę (45 zł), za wstęp na teren piramid w Gizie 540 LE. Dodatkowo płatny wstęp do każdej piramidy, np. do największej piramidy Khufu to 900 LE (75 zł) za osobę. Koszty Ubera to w zależności od odległości 5zł – 10zł, chyba że był późny wieczór i turystyczna okolica to wtedy koszty rosły nawet do 20 zł… Koszt taksówki “z ulicy” to w zależności od umiejętności targowania się podobnie – 50 LE – 100 LE.

Obiad to też 5 zł – 15 zł. Kieliszek wina w knajpie – ponad 20 zł. W ogóle alkohol jest tam drogi i raczej rzadko spotykany, zresztą nic dziwnego. Cola w kiosku na ulicy – 1 zł, batonik – 80 groszy, woda 1l – 1 zł itp. Z ciekawostek: do Egiptu nie można obecnie wwieźć więcej niż 1000 LE, chociaż nikt i tak tego za bardzo nie sprawdza. Ale kantory nie wymienią jednorazowo więcej niż 1000 LE (ok 83 zł).

Egipska waluta
Egipska waluta

[Dzień drugi] Muzeum Narodowe – grób Tutenhamona

Świetna jest tez wystawa wspaniałego wyposażenia grobu Tutenchamona. Przepięknie wykonane, z detalami, bogato złocone przedmioty i obfitość. Niestety mumia młodego faraona leży w tej chwili w Dolinie Królów, ale można obejrzeć jego złotą maskę, z którą wiąże się śmieszno-straszna anegdota. Jakiś czas temu masce odpadła broda, trudno powiedzieć, czy ktoś ją niechcący uszkodził, czy się sama poluzowała. Egipscy renowatorzy niewiele myśląc, przykleili ją na jakąś kropelkę, prawdopodobnie spiesząc się przed otwarciem wystawy na czas. Jak się wydało, było awanti. Tutaj można przeczytać o szczegółach – “Tutankhamun: Egypt museum staff face trial over botched beard job“. Ta historia jest idealnym przykładem niechlujności w Egipcie odznaczającej się na każdym kroku.

Muzeum Narodowe Egiptu - grób Tutenhamona
Muzeum Narodowe Egiptu – skarbu z grobu Tutenhamona

Jeszcze o pieniądzach

Do płatności korzystaliśmy głównie z gotówki wymienianej z dolarów w recepcji hotelowej. Przelicznik był w porządku, więc nawet nie szukaliśmy innych kantorów. W niektórych miejscach można płacić kartą, w niektórych muzeach trzeba płacić kartą, bo tylko taka forma jest dostępna. Wtedy wyciągaliśmy Revoluta albo nawet zwykłą karta bankową przyjmowaną bez problemu i z bardzo małym kosztem za przewalutowanie. Czasami zdarzało się, że ktoś prosił nas o wymianę Euro na funty egipskie, bądź funtów na dolary lub Euro. Zagraniczne waluty są tam trudno dostępne.

Posągi z Muzeum Narodowego Egiptu
Posągi z Muzeum Narodowego Egiptu

[Dzień drugi] Cairo Tower i naciagacze

Po muzeum poszliśmy na spacer do Cairo Tower, które jest w odległości kilku kilometrów od Muzeum. Po drodze gorąco, duszno, brudno, zaczepki wszelkiej maści. Generalnie każdy kto o coś zapyta, zaraz będzie chciał zaprowadzić “do mojego sklepu, tu zaraz za rogiem”, albo dać swoją wizytówkę, albo zachęcić do kupna czegoś. W ten sposób oto już drugiego dnia otrzymałam od narzeczonego “starożytny” papirus, drukowany na drukarce. Sprzedał go nam bardzo sprytnie gość, który chciał nam pomóc i wskazać wygodniejszą drogę przejścia przez ruchliwą ulicę nad Nilem. Generalnie okazało się to ściemą, bo poprowadził nas dookoła, przez swój sklep. Po czym później okazało się, że te jego tłumaczenia nie pokrywały się z zastaną trasą. Zostanie pamiątka i anegdota. Niech pierwszy rzuci kamień ten, kto się nigdy nie dał nabrać.

Cairo Tower
Cairo Tower

[Dzień drugi] Widok z Cairo Tower

Sama wieża nie jest jakoś bardzo popularna, a widok z niej wspaniały. Przy odrobinie szczęścia i małym zanieczyszczeniu powietrza można nawet dostrzec piramidy. Na górze można usiąść w niewielkiej knajpce, napić się kawy i zjeść jakąś przekąskę. Nawet nie jest jakoś bardzo drogo. Natomiast prawie nigdzie nie ma wifi, dlatego zdecydowanie warto kupić albo e-sim albo, jak my, egipską kartę SIM, która wychodzi naprawdę tanio (35 zł za 14 GB, bez szaleństw, ale wystarczyło na cały wyjazd dla dwóch osób). Kupiliśmy ją jeszcze na lotnisku i ogólnie to był strzał w dziesiątkę. Wiele razy się przydała, czy to do zamawiania Ubera, czy sprawdzania czegoś na mapach. Czasami przydawał się także translator, bo generalnie Egipcjanie bardzo słabo albo wcale nie mówią po angielsku.

Widok z Cairo Tower - w tle piramidy w Gizie
Widok z Cairo Tower – w tle piramidy w Gizie

[Dzień drugi] Abou Tarek

Po Cairo Tower wróciliśmy taksówką do hotelu i stamtąd poszliśmy na spacer po okolicy centrum. Celem była znana z YT knajpa Abou Tarek, która wyróżnia się specyficznym menu. Otóż nie ma tam menu. Knajpa serwuje tylko jedno wegańskie danie – kilka rodzajów makaronów, sosy, smażona cebula i inne przyprawy. Można sobie na YT zobaczyć, jak to wygląda. Ogólnie szybko i nawet smacznie. Tanio – około 9 zł za danie. 

Abou Tarek w Kairze
Abou Tarek w Kairze

[Dzień drugi] Zemsta faraona

Później zaryzykowaliśmy też lody, przygotowani na zemstę Faraona. Ale przez cały wyjazd ani razu nie mieliśmy problemów żołądkowych, chociaż z dwa razy chyba profilaktycznie wzięliśmy węgiel po napiciu się soku z trzciny cukrowej sprzedawanego z ulicy. 

Ulice Kairu
Ulice Kairu

[Dzień drugi] Sklep na sklepie, sklepem pogania

Ogólnie Kair jest zatłoczony. Mnóstwo w nim sklepów, ludzie cały czas coś kupują. Są całe dzielnice tematyczne, gdzie stragany zajmują większość chodnika. Przy okazji tego spaceru widzieliśmy przerwę na modlitwy, podczas której pracownicy rozkładają dywaniki modlitewne wprost na chodniku, pomiędzy pieszymi. Ale widzieliśmy to tylko w miejscówkach poza turystycznymi szlakami. Przy okazji przyszło mi do głowy, że czasami mówi się, że Polska jest religijnym krajem. Nie jest. W porównaniu do tego, ile miejsca religia zajmuje w Kairze, to w Polsce mamy prawie absolutną wolność.

Bazar Khan-el-Khalili
Bazar Khan-el-Khalili

[Dzień drugi] Spacer po starym Kairze

Wieczorem, po krótkim odpoczynku w klimatyzacji, poszliśmy jeszcze przejść się uliczkami starego Kairu i na najsłynniejszy bazar Khan-el-Khalili. To akurat był piątkowy wieczór, co miało znaczenie. W krajach arabskich to piątek jest wolny, a nie niedziela, jak u nas. Ogólnie były tam tłumy i to raczej miejscowych. Knajp jest tam dużo, ale dość drogich, wszyscy chcą napiwków, szisze są mocne, ale bardzo smaczne, alkohol da się znaleźć, chociaż akurat my niespecjalnie szukaliśmy. Co ciekawe restauracje są tam nastawione na rodziny z dziećmi. Nawet po 22 widać było bawiące się maluchy do lat dziesięciu. Niektóre z tych miejsc miały nawet przewidziane dla nich rozrywki – poprzebierane postacie (w przepoconych strojach z gąbki, w których musiało być przepotwornie gorąco…), akrobatów na szczudłach, mini dyskoteki itp.

Stary Kair nocą
Stary Kair nocą

[Dzień trzeci] Giza

Na dzień trzeci przewidzieliśmy atrakcję, po której spodziewałam się najwięcej – czyli ostatni z siedmiu cudów świata – piramidy w Gizie, a później nowe muzeum GEM. 

Żeby uniknąć targów i prób naciągnięcia zamówiliśmy Ubera, ale pierwszy który przyjechał od razu od wstępu postawił ultimatum. Powiedział (bardzo łamanym angielskim), że owszem zawiezie nas ale za 15$ od osoby (!), a nie 200 LE za kurs (ok 17 zł). W tej cenie będzie nas woził od piramidy do piramidy. A jeśli nie chcemy, to on nas nigdzie nie zawiezie. Niewiele myśląc wysiedliśmy i zamówiliśmy kolejnego, który nie tylko nie robił żadnych problemów, ale jeszcze zawiózł nas do drugiej bramy przy piramidach, bo pierwsza okazała się zamknięta. Za co zresztą dostał ode mnie spory napiwek.

Widok z taksówki
Widok z taksówki

[Dzień trzeci] Piramidy wyglądają niesamowicie

Nie zawiodłam się. Piramidy robią wrażenie i zapowiada to już widok z drogi. Wchodziliśmy przez wejście główne, ale było rano, więc wciąż było stosunkowo niewiele ludzi. O kosztach już wspominałam. Natomiast nie spodziewałam się, że ten teren jest tak duży. Od bramy do największej piramidy Khufu jest jakieś 10 minut spacerem, przy czym jest gorąco i słońce praży niemiłosiernie. Ale widoki wynagradzają wszystko.

Piramidy w Gizie
Piramidy w Gizie

[Dzień trzeci] Zagadka największej piramidy

Piramida Khufu (gr. Cheops), jest tą największą i najbardziej rozpoznawalną. Naukowcy nadal spierają się jak wybudowano ją tak dokładnie i tylko w 20 lat, i to 4000 (cztery tysiące) lat temu (2545 – 2525 p.n.e.). To jest fascynujący temat szeroko omawiany na youtube i na blogach. Do tego stopnia mnie zaintrygował, że przez wiele dni z rzędu oglądałam przeróżne filmiki na YT. Najwięcej jest niestety tych rozważających najprzedziwniejsze teorie.

Natomiast z tego całego researchu jaki zrobiłam najcenniejszy filmik, który polecam wszystkim zainteresowanym bardzo, to rozmowa u Joe Rogana dwóch ludzi – Grahama Hancocka i Flinta Dibble’a. Trwa cztery i pół godziny, ale warto, bo to starcie tytanów – Hancock to dziennikarz, bez naukowego backgroundu, który zadaje pytania z tezą, sugerujące że kiedyś istniała jakaś zaawansowana technologia, z domysłem że np. Atlantydzi, albo coś. A Flint Dibble to naukowiec – archeolog, który zęby zjadł na wykopaliskach. Do tego Dibble jest dobrym mówcą, świetnie przygotowanym do rozmowy i rozumiejącym cel takiej debaty – przekonać widza. Udaje mu się to świetnie, Dibble rozwałkowuje Hancocka jak ciasto na pierogi, więc cała ta rozmowa jest pokazowym triumfem nauki nad spekulacjami bez pokrycia. Naprawdę warto. Póki co jest tylko po angielsku. Może ktoś to kiedyś przetłumaczy. Tu link do YT z tym podcastem: https://www.youtube.com/watch?v=-DL1_EMIw6w&t=2s

Piramidy wyglądają nieziemsko
Piramidy wyglądają nieziemsko

[Dzień trzeci] Wejście do piramidy

W Gizie zdecydowaliśmy się wejść tylko do tej największej piramidy Khufu i uważam, że jest to ciekawe doświadczenie, warte poświęcenia, ale dość ekstremalne i nie dla wszystkich. Rano nie było dużej kolejki do środka na szczęście, ponieważ bileterzy generalnie nie dbają o sensowne rozłożenie liczby zwiedzających. Wpuszczają wszystkich po kolei. To niestety oznacza, że w tych bardzo wąskich i niskich korytarzach jest tłoczno, bo to jest najpopularniejsza piramida. Do tego ruch jest w obydwie strony jednocześnie, więc trzeba się przeciskać. Wentylacja tam nie istnieje, więc jest STRASZNIE duszno. Wiedząc o tym wcześniej wzięłam wachlarz i to był naprawdę dobry pomysł.

Wejście do piramidy Khufu
Wejście do piramidy Khufu

[Dzień trzeci] Komora grobowa i duchota

W samej komorze grobowej nie ma nic, oprócz wielu oczyszczaczy powietrza i kamiennego sarkofagu. Długo idzie się pod górę, w zgięciu do pasa, bo korytarz jest niski. Mijanki z innymi bywają interesujące. Np. gdy my wchodziliśmy, wychodził jakiś grubszy gość, o niespecjalnie elastycznym ciele. Ledwo się mieścił, był dosłownie o włos od zakorkowania się, ponieważ nie mógł wystarczająco się zgiąć, więc szorował głową i szyją po suficie korytarza. Minę miał straszną. Bałam się, że utknie, na szczęście jakoś dał sobie radę. Na pewno nie polecam klaustrofobom.

Komnata grobowa w największej piramidzie
Komnata grobowa w największej piramidzie

[Dzień trzeci] Olbrzymi teren

Do innych piramid ani na teren Sfinksa nie wchodziliśmy, zresztą trzeba to zaplanować wcześniej, żeby przy bramce wejściowej kupić wszelkie niezbędne bilety. W środku nie da się ich już dokupić, jeśli ktoś zmieni zdanie. Za to pochodziliśmy jeszcze po okolicy. Sfinksa zobaczyliśmy z daleka. To wystarczyło, szczególnie, że pod samą figurę i tak nie da się wejść. Dla chętnych można jeszcze wynająć konie, albo wielbłądy (ogólnie zwierzęta wyglądają znacznie lepiej niż te w centrum Kairu). Tylko na nich można się dostać na punkt widokowy odległy o parę kilometrów, ale ja nie jestem fanką tego typu rozrywek, więc ostatecznie nie pojechaliśmy. Ale nawet niespecjalnie żałuję, bo piramidy w Gizie są wybitnie turystyczne i nie czuje się tam atmosfery starożytności. Później „klimat” i widoki na piramidy mieliśmy w innym miejscu.

Teren piramid w Gizie
Teren piramid w Gizie

[Dzień trzeci] Spacer do GEM

Po paru ładnych godzinach przebywania na terenie piramid w Gizie postanowiliśmy spacerem (!) udać się do nowego muzeum GEM. Z mapy wynikało, że jest niedaleko. O naiwności! Owszem, na mapie wyglądało to spoko, jednak cała okolica jest w przebudowie. Więc wszystko jest ogrodzone. Szliśmy jakimiś opłotkami, wąskimi uliczkami, albo zaułkami, przechodziliśmy na pałę przez autostradę, zrobiliśmy parę ładnych kilometrów dodatkowo, ale udało się.

Płot do Muzeum GEM w Gizie
Płot do Muzeum GEM w Gizie i brak chodnika

[Dzień trzeci] Muzeum GEM

Muzeum GEM robi wrażenie. Jest nowoczesne, ogromne, ma ciekawą formę, oraz jest drogie. Wstęp TRIAL to 1000 LE, ale w cenie jest godzinne zwiedzanie z przewodnikiem. Za dodatkowe 250 LE można zobaczyć jeszcze wirtualny spektakl, my jednak się nie zdecydowaliśmy. Wnętrze muzeum robi wrażenie i jak już będzie otwarte w całości, pewnie nie wcześniej niż za parę lat, to będzie to wspaniałe miejsce. Teraz (w 2024) jest zaledwie ciekawe.

Muzeum GEM w Gizie
Muzeum GEM w Gizie

[Dzień trzeci] Przewodnik po GEM

Trafiliśmy na sprawną przewodniczkę (po angielsku), która opowiedziała o samym budynku, o reprezentatywnej figurze Ramzesa II (1279 – 1213 p.n.e.), o dziurze w elewacji, przez którą dwa razy w roku promienie słońca padają na twarz figury, tak jak to było w oryginalnej świątyni, skąd posąg pochodzi. Przewodniczka opowiadała też o pozostałych figurach w głównym holu muzeum. Nie ma tego specjalnie wiele, ale przestrzennie wygląda wspaniale i uwieńczone jest widokiem na piramidy na samej górze holu. Nie żałuję, że poszliśmy. Natomiast warto wiedzieć, że inaczej niż w innych miejscach, ochrona się tam przykłada i takie rzeczy jak większe selfie sticki itp. należy zostawić w biurze ochrony.

Wnętrze muzeum GEM w GIzie
Wnętrze muzeum GEM w Gizie

[Dzień trzeci] Zasłużony odpoczynek

Te słońce nas okrutnie zmęczyło, więc to był już koniec zwiedzania tego dnia. Szybko znaleźliśmy taksówkę z powrotem za 100 LE i do końca dnia już tylko odpoczywaliśmy przed dniem kolejnym.

Kair
Kair

[Dzień czwarty] Sakkara

Czwartego dnia postanowiliśmy zobaczyć więcej piramid i wybrać się do Sakkary. To miejsce gdzie stoi najstarsza zbudowana piramida – schodkowa, wybudowana 2650 – 2620 r p.n.e. Znajduje się około 15 kilometrów od centrum Kairu. Zawiózł nas tam człowiek umówiony w hotelu, zapłaciliśmy mu w sumie 30$ od osoby. W cenę wchodziło zawiezienie do Sakkary, i piramidy Tetiego, później do Czerwonej Piramidy (dalsze 15 km), i na końcu do Białej Piramidy. Niestety kierowca, a jednocześnie manager naszego hotelu, niespecjalnie umiał mówić po angielsku. To znaczy trochę mówił, ale bardzo trudno go było zrozumieć. Tylko co któreś słowo i mniej więcej kontekst rozmowy, więc niestety nie dowiedzieliśmy się żadnych ciekawostek.

Sakkara
Sakkara – piramida schodkowa

[Dzień czwarty] Ciekawiej i przyjemniej

Sama Sakkara okazała się o wiele mniej turystyczna niż Giza i znacznie bardziej interesująca. Na mniejszym terenie było więcej budynków, w lepszym stanie, z widocznymi nadal hieroglifami. Do tego było stosunkowo mało ludzi, a więc mniejszy harmider. Tylko strasznie gorąco i słońce piekło okrutnie, acz mimo wszystko żałuję, że nie spędziliśmy tam więcej czasu. Dopiero później dowiedziałam się, że niedaleko piramidy schodkowej jest jeszcze Serapeum z niesamowicie precyzyjnie wyciętymi grobowcami, które wg niektórych są dowodem na zaawansowaną technologię starożytnych. I to bym akurat z chęcią zobaczyła.

Sakkara - okolice piramidy schodkowej
Sakkara – okolice piramidy schodkowej

[Dzień czwarty] Piramida Tetiego

Później kierowca zawiózł nas do piramidy Tetiego, która choć niewielka i niepozorna z wierzchu – zniszczona dość mocno, wyglądała jak kupka gruzu – to w środku wspaniale rzeźbiona hieroglifami. Tam można było naprawdę poczuć atmosferę starożytnych Egipcjan. Ta piramida też, ze względu na nieduże rozmiary, była w miarę dostępna, dlatego jeśli ktoś boi się ciasnych przestrzeni, ale bardzo chciałby wejść do piramidy, to właśnie do Teti. 

Nawiasem mówiąc, nasz kierowca wymawiał tę nazwę jako “titi”, więc na początku zastanawialiśmy cóż to za “cyckowa” piramida.

Piramida Tetiego
Piramida Tetiego

[Dzień czwarty] Czerwona piramida

Później pojechaliśmy do Czerwonej piramidy, do której też weszliśmy do środka zachęceni przez kierowcę. Ta piramida różniła się od pozostałych – jej wejście było w połowie wysokości piramidy, a więc najpierw pod górę, później do środka schodziło się bardzo długo w dół – tyłem, później znów pod górę i dopiero tunelem dochodziło się do komory grobowej. Generalnie to było dość ekstremalne doświadczenie. Dobrze, że nie jest to bardzo popularna miejscówka i nie było tam wielu ludzi, bo wąskie korytarze i mijanki, brak kontroli ile osób wchodzi, to nie są przyjaciele poczucia bezpieczeństwa.

Czerwona Piramida

[Dzień czwarty] Wejście do Czerwonej piramidy

W środku klimat podobny co w wielkiej piramidzie – okropnie duszno, ale inaczej niż tam, tu śmierdziało stęchłym powietrzem. Podejrzewam, że to kwestia braku jakiejkolwiek wentylacji, ludzie wnoszący swoje zarazki i brak oczyszczaczy obecnych u Khufu. Ciekawe doświadczenie. Po tym już naprawdę wystarczyło mi włażenia do środka piramid.

Wejście do Czerwonej Piramidy było dość ekstremalne
Wejście do Czerwonej Piramidy było dość ekstremalne

[Dzień czwarty] Biała Piramida

Ostatnią, Białą piramidę, zobaczyliśmy już tylko z daleka. Ciekawostką w niej jest to, że jako jedyna ma jeszcze zewnętrzną zaprawę. Wszystkie piramidy kiedyś tak wyglądały. Musiało to robić nieprawdopodobne wrażenie – wielkie białe, odbijające słońce piramidy naprawdę musiały wyglądać jak nie z tego świata. Zresztą nadal tak wyglądają. Nic dziwnego, że ludzie wciąż powtarzają teorie spiskowe na temat ich budowy.

Biała Piramida
Biała Piramida

[Dzień czwarty] Droga też ciekawa

Cała wycieczka była bardzo ciekawa i moim zdaniem warta poświęcenia właściwie całego dnia. Nie tylko piramidy, ale okolice Sakkary też są bardzo ciekawe. Przejeżdża się przez lasy palm, wsie i małe miasteczka. Można zobaczyć trochę, jak wygląda życie Egipcjan poza metropolią.

Droga do Sakkary
Droga do Sakkary

[Dzień czwarty] Wieczór i rejs

Do Kairu wróciliśmy po południu, a więc mieliśmy jeszcze sporo czasu do wieczora. Postanowiliśmy, że pójdziemy poszukać przystani przy której stoją feluki i spróbować wykupić rejs po Nilu. Okazało się, że przystań jest niedaleko centrum i nie cieszy się wielkim zainteresowaniem. O wiele więcej ludzi woli popływać po Nilu paskudnymi, głośnymi barkami, w tłumie innych ludzi, z głośną muzyką i tandetnej atmosferze.

Nil
Nil

[Dzień czwarty] Feluki

My mieliśmy za 1100 LE rejs tylko dla siebie, w ciszy i pięknym zachodzie słońca. I o dziwo, naszym kapitanem był jedyny Egipcjanin, który przyzwoicie mówił po angielsku. Opowiadał nam ciekawostki o Kairze, polityce, ekonomii i życiu. Próbowaliśmy się też dogadać na zwiedzanie z nim Kairu, nie dla turystów. Ale ostatecznie nie zgraliśmy się. Raz, że podał przez telefon kwotę, z którą chcieliśmy się potargować (4000 LE dla niego, koszty taksówki i chyba jeszcze obiadu dla wszystkich), ale nic nie odpisał na nasze wiadomości. Trochę szkoda, acz z drugiej strony trudno powiedzieć, co nam chciał pokazać, bo nie zdradził nawet w przybliżeniu trasy. 

Nie zmienia to faktu, że rejs faluką (felucca) – czyli żaglówką wzorowaną na starożytnych łodziach, mających trzy bomy. Rejs trwał około godziny, był przyjemny spokojny, prawie bezwietrzny wieczór, piękny zachód słońca…

Rejs feluką po Nilu
Rejs feluką po Nilu

[Dzień czwarty] Stragany z książkami

Po rejsie poszliśmy jeszcze na krótki spacer po okolicy. Rozglądaliśmy się po ulicznych straganach, z których spora część była poświęcona książkom. Ciekawe, że po arabsku wydaje się wiele nowości. Tam też dotarła moda na japońskie cosy stories. Bardzo dużo było też książek o rozwoju osobistym, zarówno po arabsku jak i po angielsku. Sporo jest też księgarni, i to takich sporych z dużym asortymentem. Ceny książek wahały się od 15 – 40 zł, w zależności od wydawnictwa i formatu.

Wiedźmin po arabsku
Wiedźmin po arabsku

[Dzień piąty] Cytadela Saladyna

Piątego dnia zwiedziliśmy cytadelę Saladyna (tego, który podbił Jerozolimę), trafiliśmy na obrzeża miasta umarłych, niechcący wleźliśmy w slumsy, żeby dojść do Parku Al-Azhar.

Cytadela z daleka robi większe wrażenie niż z bliska. W środku są dwa meczety, jeden z nich przypomina bardzo Hagia Sophia ze Stambułu. Widok na Kair z murów jest nieziemski.

Cytadela Saladyna w Kairze
Cytadela Saladyna w Kairze

[Dzień piąty] Muzea wojskowości

Oprócz meczetów, na terenie cytadeli, są jeszcze dwa muzea – wojskowości i policji. Weszliśmy tylko do wojskowości, bo tak ono nas znudziło, że szkoda było nam nóg na to drugie, które zapewne wyglądałoby identycznie jak to pierwsze. Wszystkie muzea wojskowości wyglądają podobnie – posągi, popiersia, obrazy, więcej popiersi, brońki, zbrojki, brońki i jeszcze więcej popiersi. Ale budynek muzeum jest wspaniały.

Muzea i meczety w Cytadeli
Muzea i meczety w Cytadeli

[Dzień piąty] Spacer do parku

Później, klasycznie – lubimy chodzić, wybraliśmy się na spacer do pobliskiego (!) parku Al-Azhar. Niestety Google maps nas nieco zmyliło – w wąskich uliczkach z wysokimi budynkami GPS czasami płata figle i nie jest zbyt dokładny. Spacerkiem trafiliśmy na obrzeża miasta umarłych, gdzie generalnie słyszałam opinię, że lepiej nie chodzić na piechotę, a i samochodem lepiej nie. Ostatecznie nie spotkaliśmy tam wielu ludzi i tylko jeden facet, siedzący na schodkach grobowca (wyglądającego jak mini dom), prosił nas o “money”. Nie robiliśmy tam zdjęć, żeby jednak nie kusić losu aż tak.

Szybko przeszliśmy cmentarz tylko po to, żeby znaleźć się w dzielnicy slumsów. Rozwalone domy, bose brudne dzieciaki, śmieci, wszechobecny nieporządek. Nie powiem, trochę się zgubiliśmy, ale generalnie nie było jakoś bardzo niebezpiecznie. Ludzie raczej patrzyli na nas z ciekawością. Jeden elegancko ubrany Egipcjanin próbował nam wyjaśnić, jak mamy wyjść z tego labiryntu, przy okazji proponując nam tuktuka tylko za 50 LE. Ostatecznie jednak wyszliśmy na piechotę i doszliśmy tam gdzie chcieliśmy.

Slumsy i widok na cmentarz miasta umarłuch
Slumsy, gołębniki i widok na cmentarz miasta umarłuch

[Dzień piąty] Park Al-Azhar

Sam park Al-Azhar, jak to park, alejki, trochę zieleni, zadbany. Wejście płatne 40 LE, zresztą jak wszystkie miejsca, gdzie była choć odrobina zieleni i nie aż tak wiele śmieci na chodnikach. W tym parku zjedliśmy też najdroższy obiad, w knajpie, która wyglądała dość luksusowo, ceny miała europejskie (ok 900 LE za obiad dla dwóch osób). Bawiące się obok dzieciaki poprosiły o selfie z białymi turystami. LOL

Luksusowa restauracja w Parku Al-Azhar
Luksusowa restauracja w Parku Al-Azhar

[Dzień piąty] Stary Kair w dzień

Z tego parku było niedaleko do starego Kairu, więc spacerkiem poszliśmy jeszcze raz w okolice bazaru Khan-el-Khalili przy czym tym razem zahaczyliśmy też o bazar Egipski, który znajduje się po drugiej stronie estakady. Przechodzenie pod tą ruchliwą ulicą było przeżyciem interesującym, jako że nie ma tam przejść dla pieszych i stoi płot, więc żeby przejść trzeba się przecisnąć przez wąską szparę między płotem a filarem estakady. Poszliśmy oczywiście za przykładem miejscowych, którzy robili dokładnie to samo.

Bazar Khan-el-Khalili
Bazar Khan-el-Khalili i stary Kair

[Dzień piąty] Meczet wytchnienie da

W międzyczasie chcieliśmy chwilę odpocząć od ogólnego harmidru i dać odpocząć nogom. Weszliśmy do jednego z przydrożnych meczetów. Na starcie oczywiście zderzyliśmy się z wyłudzaczem napiwków, który proponował oprowadzanie po meczecie za 50 LE miał nam pokazać cały meczet. Jak przyszło jednak co do czego, to kazał nam dopłacić kolejne 50 LE. Podziękowaliśmy więc i po prostu posiedzieliśmy w cieniu. Nie było nam dane jednak cieszyć się ciszą, na którą liczyliśmy, bo ktoś testował (chyba) nagłośnienie i ciągle powtarzał coś głośno przez głośniki, pewnie liczył do trzech. Zirytowało nas to i po paru minutach znów wyszliśmy na ciasne i zatłoczone uliczki, na których samochody i motocykle walczyły o każdy kawałek centymetra pomiędzy ludźmi.

Stary Kari
Stary Kair

[Dzień szósty] Dzielnica Koptów

Szóstego dnia wybraliśmy się do dzielnicy Koptów, a później do Muzeum Cywilizacji Egipskiej (NMEC). Po pięciu dniach intensywnego zwiedzania i wszelkimi bodźcami, które nie dawały chwili wytchnienia byłam już zmęczona, do tego poprzedniego dnia wieczorem skręciłam dość poważnie kostkę na okrutnie dziurawym chodniku pod hotelem. Dlatego ten dzień był spokojniejszy.

Dzielnica koptyjska w Kairze
Dzielnica koptyjska w Kairze

[Dzień szósty] Malutka Jerozolima

Dzielnica koptyjska to chyba najbardziej zadbane miejsce w Kairze. Jest tam czysto, w miarę cicho. Są tam najczystsze koty i ogólnie wszystko jest zadbane i ładne. Wyjątkiem był jedynie stary cmentarz, który choć wciąż używany (świeże kwiaty i specyficzny zapaszek), to zaadaptowany na parking i zaśmiecony. Generalnie miejsce to przypomina dość mocno starą Jerozolimę – wąskie uliczki, budynki z żółtego kamienia, podobny uduchowiony nastrój, podbijany przez trwające w koptyjskich kościołach nabożeństwa. 

Cmentarze dzielnicy koptyjskiej
Cmentarze dzielnicy koptyjskiej

[Dzień szósty] Znów slumsy

Po wyjściu od Koptów znów zderzyliśmy się z Kairskimi slumsami, rozwalonymi domami, brudem, śmieciami i ogólnym zaniedbaniem. Mimo, że muzeum Cywilizacji było stosunkowo niedaleko postanowiliśmy nie powtarzać błędu spaceru do GEM w pełnym słońcu, tylko wyjąć tuktuka. Kierowcą był młody chłopak, który ni w ząb nie rozumiał po angielsku “how much”, a my nie rozumieliśmy, co nam odpowiada. Mimowolną tłumaczką została starsza Pani, która pomogła nam się porozumieć i ustalić kwotę za przejazd (50 LE ~ 4 zł). Dodam tylko, że tuktuk był mocno zdezelowany i miał rozbitą szybę.

Rozwalone budynki mieszkalne to tam standard
Rozwalone budynki mieszkalne to tam standard

[Dzień szósty] Tuktukiem podróż do NMEC

Nasza podróż nie potrwała długo, bo niestety kierowcy skończyło się paliwo, a gdy zatrzymał się, żeby dotankować okazało się, że ma flaka w oponie. Ostatecznie pozostałą drogę pokonaliśmy pieszo zahaczając po drodze jeszcze o obiad w lokalnej knajpie (200 LE za obiad).

Tuktukowy standard
Tuktukowy standard

[Dzień szósty] NMEC

Muzeum Cywilizacji NMEC jest generalnie skokiem na hajs. Ma niewielką wystawę złożoną z kilku interesujących eksponatów, ale jego główną atrakcją są mumie władców i ich żon. Koszt wstępu to kolejne 500 LE, ale moim zdaniem mimo wszystko warto. W pomieszczeniach z mumiami nie można robić zdjęć, chociaż generalnie w internecie da się znaleźć filmiki, żeby zobaczyć jak one wyglądają.

Natomiast zobaczenie ich na własne oczy robi trochę niesamowite wrażenie, jak człowiek uświadamia sobie, że te zmumifikowane ciała mają tysiące lat. Ciekawe jest też to, że spodziewałam się, że one będą malutkie, raz że przez mumifikację, a dwa, że średni wzrost wtedy nie był zbyt duży. A jednak nie, wydają się być wysokie, co najmniej wzrostu obecnych ludzi. Później jednak doczytałam, że najwyższy był Ramzes II i miał 174 cm wzrostu, a więc wysoki, ale nie jakoś bardzo. Widać zamknięcie mumii w szklanych akwariach musi wpływać na jakieś złudzenie optyczne. W każdym razie, mimo wszystko, uważam, że warto. Tym bardziej, że cały obiekt jest klimatyzowany i po całym dniu przebywania na słońcu naprawdę przyjemnie jest zanurzyć się w chłodzie.

Muzeum NMEC w Kairze
Muzeum NMEC w Kairze

[Dzień szósty] Dej tipa

W tym muzeum spotkało nas też jedno z najbardziej bezczelnych wyłudzeń tipa. Jeszcze bardziej bezczelny był chyba tylko policjant, który chciał napiwek za zatrzymanie Ubera – zamówionego przez nas (!). W każdym razie w ubikacji z muzeum najpierw pani otworzyła mi drzwi, a później próbowała podać ręczniki papierowe, dostępne normalnie obok niej, z podajnika i za to oczekiwała tipa, dopraszając się go natarczywie. 

Widok z NMEC na Kair
Widok z NMEC na Kair

[Dzień szósty] Knajpach na dachu hotelu

Wieczorem już nie bardzo chciało nam się iść gdzieś daleko, szczególnie, że bolała mnie kostka. Wymyśliliśmy, że pójdziemy na dach, gdzie jedliśmy codziennie śniadania. Wieczorami rooftop zamieniał się w knajpę. Jednak okazało się, że jest jakiś mecz i jest głośno, do tego zaczynało się robić chłodno, a ceny były takie, że w Europie bywa taniej i obsługa ma trochę mniej wywalone…

Ulice Kairu
Ulice Kairu

[Dzień siódmy] Wycieczka do Wadi Degla

Dnia siódmego, przedostatniego, postanowiliśmy jeszcze odwiedzić rezerwat Wadi Degla w pobliżu Kairu. Generalnie okazało się to dość karkołomną wyprawą. Najpierw chcieliśmy coś zjeść w pobliżu, ale nie ma co liczyć na google maps, knajpy z mapy albo nie istnieją, albo są zamknięte. Ostatecznie znaleźliśmy jakąś restauracje na stacji benzynowej, a’la KFC. Obsługa klasycznie nie znała ani słowa po angielsku, i znów pomocny był starszy człowiek. Okazało się, że niedawno wrócił z Niemiec. Zapytałam go dlaczego tak jest, że młodzież nie zna zupełnie angielskiego, który wydawałoby się w kraju żyjącym z turystyki jest ważny. Pan powiedział mi, że to kwestia edukacji – Ci, którzy pracują na niewykwalifikowanych pozycjach nie znają angielskiego, bo są po szkołach publicznych. Ci zaś, którzy są po prywatnych, znają lepiej, ale nie pracują w takich miejscach. Koło się zamyka.

Osiedla Kairu
Osiedla Kairu

[Dzień siódmy] Droga do rezerwatu

Wejście do rezerwatu to też jest cała historia. Gdybym wiedziała, to umówiłabym się z taksówkarzem na trasę, ale że nie wiedziałam, wybrałam spacer. Do rezerwatu wchodziliśmy przez brudne uliczki i dzielnicę kamieniołomów, obszczekiwani przez bezdomne psy. Do końca nie byliśmy pewni, czy dobrze idziemy. Rezerwat jest biletowany oczywiście, przy czym bilety są całe po arabsku, a bileter nie zna ani słowa po angielsku. Z pomocą przychodzą translatory (a i to nie zawsze) oraz zwykłe, analogowe kalkulatory…

Droga do rezerwatu Wadi Degla
Droga do rezerwatu Wadi Degla

[Dzień siódmy] Wadi Degla jak Diuna

Sam rezerwat wygląda zjawiskowo. Okolicznościami przyrody przypomina widoki z filmu Diuna. Generalnie bez filtraków ciężko. Nawet pijąc wodę, nosząc chustę na głowie i jasne przewiewne ubrania dostałam lekkiego udaru, który zaowocował mega migreną. W każdym razie wąwóz, pełen piasku, upał straszliwy. W środku watahy bezpańskich wychudzonych psów, niespecjalnie agresywnych, ale wciąż. Są też ostrzeżenia przed jadowitymi wężami. Naprawdę, jak tam jechać, lepiej autem, koniecznie z klimatyzacją. 

Rezerwat Wadi Degla
Rezerwat Wadi Degla

[Dzień ósmy] Wylot

Ostatniego dnia nie mieliśmy już wiele czasu na zwiedzanie, więc na spokojnie pojechaliśmy na lotnisko, niestety za wcześnie. Okazało się, że to lotnisko ma dwa security checki. Jeden przy samym wejściu do lotniska i stanowiska do odprawy są dopiero za nimi, ale są otwarte dopiero 3 godziny przed odlotem i nie da się przejść dalej, bo odprawa online nie jest dostępna. Dalej jest jeszcze jeden security check i dopiero wtedy można przejść do strefy wolnocłowej, gdzie można napić się kawy, czy coś zjeść. Godzinę trwaliśmy w tym lotniskowym czyśćcu pomiędzy jedną kontrolą bezpieczeństwa, a drugą. Nawet wody nie było gdzie kupić i zmarzłam straszliwie od rozkręconej klimy. 

Sofitel w Kairze. Kair - miasto zgiełku
Sofitel w Kairze

Ceny 

Ogólnie jest tam bardzo tanio, ale wszyscy próbują wymuszać tipy. Na bazarze normalka to targowanie się. W sumie tygodniowy pobyt kosztował nas około 2,5k złotych, niespecjalnie sobie żałowaliśmy. Ze sklepami jest ciekawa rzecz, ponieważ na ulicach są tylko kioski, w których można kupić jakieś słodycze, wodę i napoje. Nie ma niczego w stylu naszych żabek, czy nawet większych supermarketów. Za to restauracje i bary z lokalnymi daniami są pełne ludzi prawie cały czas.

Mumie zwierząt w Narodowym Muzeum Egiptu
Zabawki i mumie zwierząt w Narodowym Muzeum Egiptu

Język 

Egipcjanie nie mówią po angielsku wcale, albo bardzo słabo. Nawet kierowcy taksówek, młodzież tym bardziej, w knajpach to samo. Rozumieją “coffee” ale już “cake” albo “something sweet” już niekoniecznie. Częściej to starsze osoby po 50tce tłumaczyły nas dla młodych osób. Przydaje się translator z opcją dyktowania. Mieliśmy jedną zabawną sytuację, gdzie w knajpie na ulicy zamawiałam dwie kawy – “americano” i “espresso”. Najpierw oczywiście zapytałam, czy są takie kawy. Usłyszałam “yes”, no to zamówiłam. Po czym chłopak przynosi nam dwie fusiaste, w szklankach. Mówię więc do niego, że zamawiałam americano i espresso, a to są dwie takie same kawy, na co on “yes”. I tak sobie pogadaliśmy. Nawet na lotnisku obsługa używa angielsko – marsjańskiego. “Sugete” to “together”.

Wejście do piramidy Khufu - na górze to oficjalne, na dole wykute przez rabusiów i faktycznie używane
Wejście do piramidy Khufu – na górze to oficjalne, na dole wykute przez rabusiów i faktycznie używane

Ruch samochodowy 

Generalnie taksówki są tam tanie jak barszcz, ale przeważnie nie ma w nich ani klimy, ani pasów bezpieczeństwa z tyłu, co jest akurat istotne bo cały ruch samochodowy to jest wgl abstrakcyjna skala chaosu. Na jezdniach brak pasów, auta strasznie poobijane, jeżdżą jak chcą. Używają klaksonu zamiast kierunkowskazów – trąbią non stop. Jeżdżą na kartkę papieru, do tego ludzie chodzą pomiędzy szybko jadącymi autami, albo wymuszasz, albo nie przejdziesz. Każde wyjście z hotelu to wielka przygoda. Nie spodziewałam się tego, ale Uber jest droższy i lepszej jakości niż taksa z ulicy. Benzyna kosztowała około 1 zł za litr 95.

Ruch samochodowy w Kairze i stan aut. Kair - miasto zgiełku
Ruch samochodowy w Kairze i stan aut

Zwierzęta [akapit nie dla wrażliwych]

W Kairze ogólnie jest mnóstwo bezpańskich zwierząt, ale… Koty są brudne, widać im żebra, mnóstwo w ciąży. Psy też wygłodzone, nikt się nimi nie przejmuje. Konie brudne i przeważnie wychudzone. Wszyscy walczą o przetrwanie. To nie jest miasto dla osób wrażliwych na złe warunki życia zwierząt, czy nawet ludzi. Mieliśmy w planach przejazd miastem umarłych i miastem śmieci, ale ostatecznie zrezygnowaliśmy. Nie chciałam już patrzeć na przeludnienie, slumsy, wszędobylską biedę i zaniedbanie.

Kair meczetami stoi
Kair meczetami stoi

Ogólne wrażenia 

Kair jest miastem zgiełku, głośnym cały czas, rozwalonym, brudnym, dusznym nie tylko upałem ale też smogiem, śmierdzącym moczem albo gównem. Nikt nie dba o nic, chodniki dziurawe. Przejście przez każdą ulicę to wyzwanie. Większość kobiet nosi chusty, przeważnie są bardziej niż mniej osłonięte, ale zdarzają się też dziewczyny noszące się po europejsku, najczęściej turystki. Natomiast nikt ich nie wytyka. Ogólnie jest bezpiecznie, ale też jest sporo specjalnej policji turystycznej, właściwie na każdym rogu.

Kair - miasto zgiełku. Powietrze w Kairze nie należy do najczystszych
Powietrze w Kairze nie należy do najczystszych

Kair – miasto zgiełku

Kair to trochę miasto grobów i trupów – grobowce, mumie, skarby grobowe i cmentarze. Trupy zwierząt na ulicy też się zdarzają. Jeśli cokolwiek jest zadbane, np. park, to zawsze wstęp jest płatny, nawet te 50 groszy, ale zawsze. Turyści ogólnie są ciekawostką, miejscowi się gapią, ale nie komentują. Natomiast w przypadku zachowania “nieobyczajnego” reagują od razu – widzieliśmy parkę, która leżała na trawie i chwilę po tym jak chłopak objął dziewczynę, ochrona parku natychmiast zwróciła im uwagę. Ale też nie ma chyba zamordyzmu. Ostatniego dnia jechaliśmy nawet Uberem, którego kierowcą była kobieta.

Wyjazd ten nie należał do najprzyjemniejszych, ale był bardzo pouczający. Miasto jest ogólnie męczące. Siedem dni wystarczyło, żeby poznać najważniejsze miejsca i wczuć się chociaż trochę w pulsującą tkankę społeczności. Wystarczyło, żeby stwierdzić, że Kair to nie mój klimat i że to nie jest miasto, do którego chciałabym kiedykolwiek wrócić, chyba że przejazdem. 

Na tarasie hotelowym przy placu Tahrir
Na tarasie hotelowym przy placu Tahrir

Inne nasze podróże: Jerozolima – miasto kontrastów | Turcja Not Inclusive