nie bijcie reportera | W. Sachs

nie bijcie reportera | W. Sachs

nie bijcie reportera

Wyobrażam sobie, że tytuł tej książki, czyli nie bijcie reportera, mógłby być jakimś desperackim okrzykiem do tłumu, który zaślepiony okolicznościami nie patrzy kogo tłucze.

O tłumie można przeczytać w książce Psychologia tłumu, natomiast o tym, jak wygląda praca reportera, u Wiesława Sachsa.

Nie bijcie reportera to krótka książeczka z różnymi anegdotami związanymi z pracą reporterską w latach ‘50 i nieco później. Wtedy wszystko było niby inne, a jednak tak podobne.

Praca reportera od kuchni

Sachs jest zupełnie spostrzegawczym obserwatorem obdarzonym talentem do krótkich, ale plastycznych opisów. Opowiada m.in. jak wyglądało jego zbieranie materiałów do różnorodnych reportaży. Np. jak szukał wsi zagubionych pośród lasów (lata ‘70), albo jak spisywało się zeznania świadków z wielogodzinnych przesłuchań, a później “kleiło” z tego teksty “na wczoraj”. Bo należy pamiętać/wiedzieć, że pisanie do druku miało (ma?) sztywne i nieprzekraczalne terminy oraz formę. 

W dzisiejszych czasach, kiedy króluje internet, data publikacji nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Ale wtedy, gazety były jednym z niewielu źródeł informacji, nie mogło być opóźnień. I bardzo to czuć w opowieściach Sachsa.

Niezwykle stresujące, pod presją czasu

Autor opowiada np. jak wyglądały wyjazdy do zdarzeń nagłych, że w tamtych czasach reporterzy właściwie cały czas dysponowali samochodem z szoferem (!). Ale dodaje też mnóstwo innych szczegółów i smaczków, np. wyjaśnia dlaczego przeglądane dzisiaj zapiski z gazet nie zawierają opisów zachowania oskarżonych. 

Otóż gazety dopasowywały tekst i skracały go o “najmniej wartościowe” według nich informacje, żeby zmieścić w przewidzianej kolumnie. A gdy gazeta wychodziła codziennie, to walka o każdą linijkę trwała właściwie cały czas. (Zapewne teraz też trwa i wygląda to podobnie, chociaż mało już zostało gazet codziennych).

Gdzie biją?

Sachs na początku zajmował się głównie tematyką powojenną, pisał sprawozdania z rozpraw zbrodniarzy i poszukiwał historii o powstańcach i partyzantach. A później poszedł dalej – prowadził kronikę klęsk żywiołowych i nietypowych wydarzeń. Był też redaktorem naczelnym, z czym także wiązały się emocjonujące historie. 

Autor opowiada o przygodach, które przydarzały się mu przez noszony ubiór – mundur. A nosił go, bo po wojnie trudno było o inne ubrania. Wiele jest tu też anegdot związanych z PRL i wspomnień o Warszawie, np. o burzeniu pozostałości po zniszczonym dworcu centralnym, czy budowie trasy W-Z. 

nie bijcie reportera

Albo o tym, że wtedy też była „instytucja” ludzi, których dzisiaj nazywamy hejterami, a artykuł w gazecie mógł sprowadzić na kogoś falę hejtu społecznego. 

Coś a jednak nic

Na koniec książki przyszła mi do głowy myśl o tym, że wiele się przez ten czas zmieniło w dziennikarstwie, a jednocześnie tak mało. Zmieniły się formy, podejście, umiejętności. Technologia umożliwiła przesyłanie tekstów i zdjęć natychmiast i na ogromne odległości. Ograniczyła też pracę fotoreporterów, bo teraz każdy umie zrobić zdjęcie telefonem, w jakości wystarczającej do druku.

Nie zmienili się za to ludzie. 


Może Cię także zainteresować: Tak się kręciło | Niedziela, która zdarzyła się we środę


Tytuł recenzji: Tak wiele się zmieniło, a jednak tak mało
Subiektywna ocena: 7/10
Tytuł: nie bijcie reportera
Autorzy: Wiesław Sachs
Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza
Seria: Zdarzenia, sensacje, zagadki
Data wydania: 1976
ISBN: –
Liczba stron: 108