F. Chichester | Gipsy Moth okrąża świat

Wyprawa dookoła świata Chichestera wywołała wiele emocji u Brytyjczyków, choć nie była pierwszą tego typu ekspedycją. Jej wyjątkowość polegała na tym, że 65 letni wyspiarz porwał się jednocześnie na kilka rekordów: przepłynięcie świata w rekordowym tempie, w dodatku samotnie oraz z zawinięciem tylko do jednego portu po drodze. Jak na tamte czasy, było to prawdziwe wyzwanie.

Do tego celu żeglarz zbudował nowy, specjalnie dopasowany jacht, który jednak, jak się później okazało, nie tylko wyszedł o połowę drożej, niż to było planowane, ale miał także wiele wad zarówno projektowych, jak i wykonawczych. To przysporzyło Chichesterowi bardzo wiele kłopotów w drodze. Jednym z największych problemów było to, że łódka bardzo często zbaczała z kursu pod urządzeniem samosterującym. To z kolei sprawiało, że Chichester musiał być w stanie ciągłego czuwania, trudno mu było zasnąć na dłużej, bo parę razy okazało się po przebudzeniu, że płynie w odwrotnym kierunku, co było bardzo niepożądane w walce z czasem.

Pamiętać o wszystkim

Pierwsze ćwierć książki opisuje głównie przygotowania do wyprawy. Są podane na tyle szczegółowo, że uświadamiają ich olbrzymią skalę. Musieli pomyśleć absolutnie o wszystkim, bo po starcie już przecież nie dało się nigdzie doposażyć. Na końcu książki jest też dodatkowo spis całego wyposażenia jachtu. Co ciekawe, w ciągu całej książki Chichester wspomina może tylko dwa razy, że czegoś zapomniał wziąć. To była dobrze przygotowana podróż.

Gdy już wyruszył okazało się, że żeglowanie jest utrudnione przez wiele błędów projektowych, które dotyczyły głównie kształtu kadłuba, ale także w wykonaniu olinowania, samosteru czy nawet zejściówki, przez którą woda dostawała się do środka kabiny. Okres do momentu dopłynięcia do jedynego portu, jaki miał w planach, czyli Sydney, to właściwie ciągłe narzekania na problemy i wyzwania, jakie Gipsy Moth IV stawiała. 

Jakby tego było mało, tuż przed zakończeniem pierwszej połowy rejsu psuje mu się samoster i żeglarz przez chwilę przeżywa rozterki, czy będzie w stanie dopłynąć do planowanego portu, czy nie i powinien kierować się do portu najbliższego, rezygnując z ambitnych planów bicia rekordów. Ostatecznie decyduje się jednak kontynuować podróż według pierwotnego planu. Decyzja ta skutkowała tym, że w porcie w Sydney ze statku zszedł niedożywiony oraz wyczerpany, ale w glorii.

Ciekawie, ale…

Przez ten cały festiwal wyliczania niedoróbek, pierwsza część podróży jest opisana mało plastycznie i niespecjalnie porywająco. Ciekawie zaczyna się robić dopiero w Sydney, w którym wielu obserwatorów odradza mu dalszy rejs, ze względu na łódkę oraz jego stan fizyczny. Chichester się jednak nie poddaje i płynie dalej. 

I dobrze, ponieważ dzięki temu możemy się dowiedzieć, jak wielki ten żeglarz miał hart ducha! Każda strona książki przypomina, że 65 latek borykał się już ze swoim ciałem, choć wcale nie chce tego przyznać. Musiał wiele wycierpieć i nauczyć się nie zwracać uwagi na swoje ułomności, z których największą była kontuzja łokcia, który, jak się później okazało, miał mikropęknięcie od upadku podczas sztormu. Jak w ogóle on dał radę zmieniać ciężkie żagle z niesprawną ręką? 

Im dalej, tym ciekawej

Ciekawe są na pewno różne przemyślenia autora, na przykład te dotyczące samotności na morzu oraz przyzwyczajeń po czterech miesiącach życia na łódce. Podczas rejsu Chichester robił sobie drzemki o każdej porze dnia, nawet w trakcie posiłków i bał się, że na lądzie, będzie mu trudno przywyknąć do stałego trybu życia. 

Na końcu książki, jako podsumowanie, znajduje się kilka tekstów autorstwa osób postronnych: m.in. wspomnienia jego żony oraz felieton podsumowujący podróż komentatora sportowego. Ciekawy jest szczególnie tekst jego żony, w którym dowiadujemy się, że poprzez sieci religijne i prośbę o modlitwy, kobieta ta zrobiła masowy PR dla wyprawy męża i tysiące osób śledziły jego losy, ponieważ modlili się o jego bezpieczeństwo. Genialne. 

Te teksty na końcu pozwalają podsumować jego wyczyn nieco obiektywniej i nabrać dystansu do kapitana, którego zdążyliśmy mniej lub bardziej poznać, niekoniecznie polubić, a jeśli już, to nie jakąś gorącą sympatią. Właściwie nie wiem dlaczego Chichester jakoś specjalnie nie przypadł mi do gustu. Może dlatego, że w książce jest dużo skupienia i frustracji na Gipsy Moth IV, albo dlatego, że autor generalnie uważał, że ludzie mu przeszkadzają i tak przywykł do samotności, że nawet rozmowy radiowe go męczyły, co także przełożyło się na zdystansowany język całej książki?

Niezależnie od tego niewątpliwie ta wyprawa nie należała do najłatwiejszych, a autor jest interesującym człowiekiem. Ciekawie było mu towarzyszyć, nawet tylko czytelniczo.

Tytuł recenzji: 226 dni samotności na morzu
Subiektywna ocena: 7/10
Tytuł: Gipsy Moth okrąża świat
Tytuł oryginału: Gipsy Moth circles the world
Autorzy: Francis Chichester
Tłumaczenie: Tadeusz Borysiewicz
Wydawnictwo: Iskry
Seria: Naokoło świata
Data wydania polskiego: 1970
Data pierwszego wydania: 1967
ISBN: –
Liczba stron: 387

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.