S. Wrzesiński, Epidemie w dawnej Polsce | Recenzja

Wiadomo, jak wyglądała epidemia COVID-19 w 2020 roku, ale jak wyglądały zarazy w Polsce na długo przed czasami internetu oraz zaawansowanej medycyny, czyli w średniowieczu i czasach nowożytnych (ok XIV – XVIII w.)? Okazuje się, że pod pewnymi względami było podobnie, a pod pewnymi bardzo wiele się zmieniło. Jak na historyka, Wrzesiński poradził sobie zupełnie nieźle z napisaniem tekstu opartego o źródła, ale przystępnego dla normalnego czytelnika. Bywały momenty nudniejsze, ale generalnie książka daje zupełnie niezły pogląd na kwestię zaraz w tamtych czasach.

Co je powodowało?

Według ówczesnej niewielkiej wiedzy bezpośrednim powodem zarazy było “jadowite powietrze”, które z kolei mogło być spowodowane tajemnymi siłami, np. zaćmieniem Słońca. Zresztą, jak pisze autor w XVII wieku epidemie przepowiadano na podstawie gwiazd. Oficjalnie. Ale przyczynami morowego powietrza mogli być również Żydzi czy czarownicy, a w ogóle obwiniano także prostytutki, trędowatych, biedotę, grabarzy, a nawet cyrulików i lekarzy, którym zarzucano chęć posiadania stałego zarobku. Fakt, że wszyscy umierali na te choroby tak samo, nie stanowił żadnego argumentu. Ze strachem nie dyskutuje się na rozsądek. 

Kolejne epidemie dawały impuls do strasznych pogromów. W XIV wieku przez jeden z nich spłonął nawet Wrocław. Ktoś podpalił domy Żydów w getcie, ale ogień przeniósł się dalej, a za to wszystko i tak zostali obwinieni Żydzi. Ale epidemie przynosiły także dobre rozwiązania, na przykład zaczęto bardziej dbać o czystość w miastach i zakazano wylewania nieczystości na ulice. Gdyby nie zarazy być może nie powstałaby też klasyczna postać Frankensteina. Jak sugeruje Wrzesiński, Mary Shelley, czyli autorka książki o potworze, stworzyła ją zainspirowana legendą o potworze ze śląskiego miasteczka, którego niemiecka nazwa brzmiała właśnie Frankenstein, chociaż to akurat wcale nie jest pewne, bo jest kilka historii dotyczących powstania tej historii.

Sposoby zapobiegania

Jak się okazuje sposoby zapobiegania sprzed kilku wieków nie różnią się zbytnio od dzisiejszych. Najskuteczniejsza była kwarantanna, która czasami dochodziła nawet do czterech tygodni odosobnienia. Kupcy płakali, ale dostosowywali się. Podejrzanej biedoty oraz żebraków zwyczajnie do miast nie wpuszczano. A gdy już było wiadomo na pewno, że ludzie zaczynają umierać, to kolejnym krokiem była ucieczka. Czasami ulatniało się nawet pół miasta, jak to wydarzyło się w XVI wieku w Krakowie. Uciekali wszyscy, urzędnicy, sędziowie, a nawet duchowni. Zwiewali zarówno bogaci jak i biedni, choć ci ostatni i tak często umierali, tylko nie od choroby, a z głodu i chłodu. W związku z tymi ucieczkami zmieniała się także polityka. Sejmiki i inne spotkania były przekładane w inne miejsca i bardziej sprzyjający czas. Zamykane były szkoły, karczmy, a nawet kościoły.

Epidemie wpływały też na wojny. Na przykład w XVII wieku jadowite powietrze zniechęciło Tatarów do najazdu na Rzeczpospolitą, ale lęki te wykorzystywano także do wojen psychologicznych z Rosją. Podsycano strach przed zarazą żeby opóźnić reakcję wroga i na przykład móc przegrupować wojska. 

Choroby

Dzisiaj już właściwie nie słyszymy o chorobach, które w tamtych czasach rzucały blady strach na całe miasta, a były to m.in. dżuma, trąd, syfilis, tyfus, czerwonka, poty (czyli prawdopodobnie taka groźniejsza grypa), czarna ospa. Ospę jeszcze się spotyka w naszym położeniu geograficznym, ale nie czarną, a wietrzną. Pozostałe choroby albo zostały zupełnie zlikwidowane, albo zdarzają się rzadko. Zresztą, z tego co pisze Wrzesiński, wygląda na to, że ówcześni lekarze i tak często do końca nie wiedzieli, jaka choroba powoduje daną epidemię. Za to śmiertelność była imponująca i dochodziła nawet do 80%. W kilku przypadkach z miasta zamieszkanego przez kilka do kilkunastu tysięcy osób, zostało tylko kilkunastu mieszkańców.

Religia 

Oczywiście nie mogło zabraknąć szerokiego opisu, w jaki sposób epidemie wpływały na religijność społeczeństwa – generalnie powodowały jej nasilenie. Ludzie na wszelkie sposoby próbowali przebłagać Boga, prosić świętych o wstawiennictwo i ochronę przed zarazą, a po jej wybuchu o jej szybki koniec. M.in. to epidemie były powodem powstania zakonów biczowników, które stały się w pewnym momencie procesjami heretyków i były tępione przez kościelnych oficjeli. 

Epidemie wzmagały też kreatywność wszelkiego rodzaju oszustów, którzy sprzedawali magiczne talizmany, czy święte przedmioty mające moc zatrzymywania choroby. Wrzesiński bardzo fajnie opisuje jeden ze spektakularnych przypadków takiej szarlatanerii. Antoni Jacewicz na swoim oszustwie “na eremitę” stworzył w XVIII całe imperium, a wokół swojego “eremu” wybudował mur, do którego ochrony wynajął zbrojnych. Jego kreatywność nawet w dzisiejszych czasach budzi pewnego rodzaju szacunek, ponieważ sprzedawał głównie obietnice np. antidotum na zarazę, która była zwykłą wodą. Zdumienie budzi też jego pomysłowość w zakresie marketingu i PRu – umiał w cuda – potrafił sprawić, że na pustej patelni u głodującej plotkary pojawiła się jajecznica, za uderzeniem jego kostura oczywiście. Nietrudno się domyślić, że kostur był wydrążony w środku…

Trochę mi brakuje

Niestety Wrzesiński nie opisuje wszystkiego, co mnie interesowało. Nie ma w tej książce na przykład informacji ile trwały takie zarazy. Jest tylko ogólnie powiedziane w paru miejscach, że te większe nawet rok i dłużej. Nie ma także informacji o dokładniejszych skutkach gospodarczych. Autor pisze tylko, że w czasie epidemii przestępczość rosła, a gospodarka upadała, ale daje za to tabelę kolejnych wydarzeń, z której dowiadujemy się, że przez pięć wieków (XIV – XVIII) w samym tylko Krakowie zarejestrowano 92 zarazy, to około 18 przypadków na 100 lat. Czyli coś nowego wybuchało co kilka lat i zabierało od kilkudziesięciu do nawet kilkudziesięciu tysięcy zmarłych. Z tego zaś można wyciągnąć wniosek, że musiało to mieć spory wpływ na hamowanie rozwoju dużych miast.

Mimo pewnego niedosytu uważam, że książka jest nawet ok. Wrzesiński umie zainteresować czytelnika, więc pod tym względem jest już zupełnie nieźle. Natomiast tak ogólnie, to ta książka nie była przygodą mojego życia. Jak zawsze, są momenty nudniejsze, czyli fragmenty wypełnione datami, cytatami i nic nie mówiącymi nazwami. Są też historie ciekawe, jak ta z eremitą – oszustem. Myślę, że Epidemie w dawnej Polsce to dobry kompromis pomiędzy podstawową wiedzą podaną w nienudny sposób, a monografią, przy której się zasypia.

Jeśli zaś chodzi o moje wnioski dotyczące porównania historii z czasami obecnymi, to mam wrażenie, że pomimo kilku wieków doświadczeń z epidemiami nadal jesteśmy wobec nich bezsilni. Oczywiście obniżyliśmy śmiertelność wielokrotnie i mamy szczepionki oraz współczesną medycynę. Rozumiemy co, skąd i jak, ale jak widać, mamy też ograniczenia w postaci dostępności nowoczesnego leczenia, gdy liczba chorych rośnie zbyt szybko, a choroba jest nowa. No i nadal najskuteczniejszym sposobem na ograniczenie zachorowań jest kwarantanna.

Subiektywna ocena: 7/10
Tytuł: Epidemie w dawnej Polsce
Autor: Szymon Wrzesiński
Wydawnictwo: Replika
Data wydania: 2011
ISBN: 978-83-76740-94-2
Liczba stron: 183

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.