K. Baranowski, Droga na Horn | Recenzja

Do tej pory z literatury sportowo-wyczynowej znałam tylko tę o wspinaczce wysokogórskiej. Nie wiedziałam co mnie omija… Okazuje się, że ta o żeglarstwie jest chyba jeszcze bardziej emocjonująca. A wszystko przez przypadek, ponieważ Drogę na Horn dostałam razem z całą kolekcją innych książek o podobnej tematyce. Ktoś pozbywał się zbiorów pewnie po dziadku i wyrzucił na śmietnik, ktoś inny zabrał, żeby uratować. Ostatecznie ja przygarnęłam i ustawiłam grzbietami do ściany. Po jakimś czasie sięgnęłam po pierwszą z brzegu, żeby zobaczyć, czy mi się w ogóle spodoba. I jakże doskonale trafiłam!

Krzysztof Baranowski, to w tej chwili już starszy pan, ale w 1973 roku, czyli wtedy, kiedy pisał tę książkę był młodym i przystojnym kapitanem lubiącym wyzwania żeglarskie. Droga na Horn to dziennik z jego pierwszej samotnej podróży dookoła świata, którą odbył jako trzeci Polak w ogóle, ale pierwszy drogą na Horn, i w ogóle jeden z kilkunastu ludzi (wtedy) na świecie. Oto jest wyczyn!

Ambitny kapitan

Baranowski obrał ambitna trasę, bo przez jeden z najbardziej niebezpiecznych obszarów – jak pisze Wikipedia Ryczące Czterdziestki to pas wód oceanicznych, gdzie są duże wiatry i częste sztormy, “trudny nawigacyjnie i niebezpieczny dla statków”. Sam autor zresztą pisze, że ta wyprawa była szalona, a w sezonie cyklonowym nawet niebezpieczna. Ale nie miał wyjścia jeśli chciał zrobić to, co sobie założył. A założył, że właśnie tak opłynie świat i dokonał tego pomimo wielu trudności. Jego jacht trzy razy się wywrócił, a woda dokonała wielu zniszczeń. Połamał mu się ster służący do samodzielnego utrzymywania kursu. Walczył z wielkimi falami wysokości 10 – 20 metrów. Jak to było możliwe w takiej łupince, po prostu nie umiem sobie wyobrazić.

Droga-na-Horn-Baranowski

Ile sił włożył w wielokrotne zmiany ciężkich i nieporęcznych żagli i naprawy, to tylko on wie. Właściwie jeśli spojrzeć na książkę z pewnego dystansu, to jest to ciągła żonglerka nazwami i zmianami żagli. Zapewne tych, którzy nigdy nie żeglowali bądź nie czują tego sportu ta wyliczanka mogła zmęczyć. Mi się podobało. Prawie widziałam to wszystko własnymi oczami. Uwielbiam żeglować, choć nigdy nie pływałam po morzu, głównie po Mazurach. Nigdy też nie zrobiłam żadnych patentów. Ale też w sumie nie musiałam. Zwykle zajmowałam się czymś innym: “miałam grać i śpiewać i na bom uważać”, od ciągania lin byli inni. Ale sentyment do łódek i bujania mam ogromny. 

Urok książek sprzed lat

Jak zawsze urzeka mnie szczerość w książkach napisanych kilkadzieścia lat temu. Brak w niej również dzisiejszej (przesadzonej) poprawności politycznej. Na przykład w jednym momencie żeglarz wprost pisze, że wyrzucił słoik w morze. Dzisiaj gromy by się na niego posypały za takie zaśmiecanie środowiska, nieprawdaż? 

Książka wciąga właściwie od pierwszych stron. Żeglarz jest sprawnym pisarzem i umiejętnie łączy zachwyty nad przyrodą, górnolotne uniesienia z prostotą życia codziennego oraz konkretnością żeglarską. Jest w tym niesamowicie dużo uroku. To jest styl, który bardzo lubię. Jest z humorem, dynamicznie, bez zbędnej grafomanii. Sporo też czarnego humoru i pozytywnego podejścia do życia. Np. wtedy gdy coś zaczyna mu śmierdzieć pod pokładem, po czym okazuje się że zepsuły mu się jajka, które zostały specjalnym sposobem przygotowane do dłuższej przydatności. Niestety sposób nie zadziałał, a Baranowski żałuje tych wszystkich jajecznic i kogli-mogli. Wypowiada się wtedy sarkastycznie o pomyśle znajomych, na który sam się wszak zgodził. Albo jak w głowie układa listę najważniejszych potrzeb i zaczyna od gorącego prysznica… wtedy da się poczuć klimat samotnej podróży. Wiadomo, że po drugiej stronie literek jest normalny człowiek. 

A w ogóle to fajnie skomponowana jest ta książka, zaczyna się w trakcie wyprawy, a do początku wracamy dopiero w retrospekcji po pewnym czasie. Dzięki temu nie jest to nudne „wypłynąłem” i „wpłynąłem”. 

Cały czas akcja

Uwielbiam czytać książki o wspinaczce wysokogórskiej, tylko tam właściwe okresy akcji wymieszane są z długimi okresami nudy i zimna. Tu zaś właściwie cały czas coś się dzieje, a okresy flauty czy też niezbędnych postojów są stosunkowo krótkie, maksymalnie kilkudniowe. No i woda… walka z wielkimi falami byłaby dla mnie czymś maksymalnie przerażającym. A do tego samotnie. Nie wyobrażam sobie tego, po prostu nie.

Czasami wystarczy zacząć temat od dobrej książki i później fascynacja sama płynie. Czuję, że to pierwsza z wielu książek o żeglarstwie, które jeszcze przeczytam.

PS. Do lektury tej książki warto włączyć sobie płytę Vangelisa “Antarctica”.

Subiektywna ocena: 8/10
Tytuł: Droga na Horn
Autor: Krzysztof Baranowski
Wydawnictwo: ISKRY
Seria: Naokoło świata
Data wydania: 1974
ISBN: –
Liczba stron: 320

Jeden komentarz Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.