N. Mailer, Na podbój Księżyca | Recenzja

Ta książka ma 589 stron, z czego tylko około 150, no może 200, czytałam z zainteresowaniem. Przez całą resztę zastanawiałam się, czy nie szkoda czasu na resztę. Nie lubię jednak nie kończyć tego, co zaczęłam, więc doczytałam. Ale z bólem.

Książka Normana Mailera pt. Na podbój Księżyca zachęciła mnie zarówno tematyką jak i opisem z okładki. Niestety miałam dość wyśrubowane oczekiwania. Myślałam, że dowiem się wiele na temat samego lądowania ale i Stanów Zjednoczonych w latach siedemdziesiątych. Niestety. Stricte temat misji zaczął się pod koniec książki, a o społeczeństwie USA z tamtych czasów jest może 50 stron, ale po kolei.

Specyficzny styl

Norman Mailer na okładce książki określony jest jako “literacki prowokator, który zmienił oblicze amerykańskiej literatury faktu”. Możliwe, że coś w tym jest, a jego styl może się podobać. Niestety w mój gust nie trafił.

Ciężko było mi przebrnąć już przez pierwszą część książki, w której znajduje się grafomański opis przygotowań do jej napisania z punktu widzenia samego autora. Mailer nazwał siebie samego Aquarius, a narracja jest w trzeciej osobie. Aquarius/autor to, Aquarius/autor tamto. A do tego kwieciste (i okropne) porównania. Nie tego oczekiwałam.

Na początku treść składa się ze zbioru niepotrzebnych i odległych dygresji, mini biografii osób pośrednio tylko związanych z tematem oraz sporo pobocznych historii. A to wszystko dopełnia wielkie ego autora. Pierwsze 200 stron tylko lekko zahacza o lądowanie. 

Autor prawdopodobnie chciał w ten sposób oddać klimat i emocje jakie działy się wokół tego wydarzenia oraz epokę, mieszkańców Ameryki i show jaki zrobiono pod nich. Ale moim zdaniem, nie do końca mu się to udało. Jego porównania są za długie i zbyt wymyślne, dygresje odchodzą za daleko i ogólnie ciężko się to czyta.

Początek drugiej części książki jest chyba jeszcze nudniejszy. To wielokrotnie złożone zdania i pseudofilozoficzne rozważania autora na tematy różne, które tylko bardzo daleko dotyczą tematu lądowania. Może one są nawet ciekawe, ale w tym momencie byłam tak zniechęcona, że ciężko było mi się przemóc i skupić. Wiedziałam, że zaraz znienacka wyskoczy na mnie Aquarius… 

Druga połowa książki jest ciekawsza

Ciekawie zaczyna się robić dopiero po starcie misji. Mailer z niesamowitą szczegółowością opisuje m.in. losy poprzednich lotów Apollo, które obfitowały w usterki i wypadki oraz ogólną sytuację polityczną w stanach, która prowadziła do wzmożonego ciśnienia, żeby ta misja się na pewno udała (Zimna Wojna, zabójstwo Kennedy’ego, wojna w Wietnamie itp).

Przytacza też mnóstwo szczegółów technicznych. Opisuje np. z czego składała się rakieta, paliwo rakietowe, dokładne opisy układów sterujących, napędowych i tankujących, komputery. Pod koniec książki znajdziemy także informacje na temat pokładu, procedur, testów, skafandrów astronautów, ich samych – lęków, nadziei, charakterów, rodzin oraz rozterek.

Ma momenty

Oprócz tych szczegółowych i ciekawych opisów, które uświadamiają ogrom skomplikowania tej misji oraz problemów, które trzeba było rozwiązać, żeby lądowanie się udało, książka ma kilka innych dobrych momentów. 

Mailer jeśli chce, potrafi plastycznie opisywać otaczający go świat. Świetny jest fragment dotyczący hangaru, w którym budowano sprzęt astronautów oraz drugi, gdy opisuje podróż do centrum lotów kosmicznych. Widzi tam pewien specyficzny wycinek społeczeństwa amerykańskiego, który przyjechał żeby być blisko miejsca startu. Te opisy są świetne – plastyczne i niosące emocje.

Ma też inne ciekawe przemyślenia, na przykład na temat stanu dziennikarstwa. Już w latach sześćdziesiątych przewidział jego upadek. A może po prostu dziennikarstwo zawsze było w kiepskiej formie?

Ale ma też fragmenty dość kontrowersyjne. Pisze na przykład: 

„wrzucali swoje dziesięciocentówki i ćwierćdolarówki [do automatów z żywnością] z tą drobną, lubieżną satysfakcją, jaką mężczyzna czerpie z czynności wtykania (…)” /s. 225

Nie rozumiem też, co ma rozwód autora do wyprawy na Księżyc i po co o tym pisał w tej książce. Jest w niej wiele innych fragmentów nic nie wnoszących do tematu. Jednak w ramach usprawiedliwienia autora trzeba przyznać, że jakiś pomysł na tę książkę miał. Podejrzewam, że publikacji na ten temat było wtedy sporo, więc musiał wymyślić coś innego. Padło na osobistą kronikę.

Może i ciekawa, ale męcząca

Na podbój Księżyca zostało napisane i wydane dwa lata po lądowaniu (1971), w związku z tym wydarzenia były w niej opisywane na świeżo. To nie jest żaden odległy reportaż, dlatego może stanowić cenne źródło emocji towarzyszących misji. To jest niewątpliwy plus, dzięki temu całościowo książka jest dość interesująca,

Niestety, i to jest spory minus, jej forma jest dla mnie kompletnie niestrawna. Bardzo się cieszyłam, gdy dobrnęłam do ostatniej strony, choć faktycznie muszę przyznać, że Mailer dał mi pewien pogląd na samą wyprawę, na Księżyc oraz jej historyczne okoliczności. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

Subiektywna ocena: 6/10
Tytuł: Na podbój Księżyca
Tytuł oryginału: Of a Fire on the Moon
Autor: Norman Mailer
Tłumaczenie: Ewa Adamska, Lesław Adamski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania polskiego: lipiec 2019
Data pierwszego wydania oryginału: 1971
ISBN: 9788381167352
Liczba stron: 589

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.